RZECZ O WYRODNYCH MATKACH

„Mam was dość!” powiedziałam dziś do dzieci koło godziny 17-tej, kiedy po całym dniu na mieście wróciliśmy do domu. Wyszliśmy rano, o 10, zabrałam ich na plac zabaw, potem do kawiarni, gdzie umówiłam się z koleżanką (na ciacho) oraz do muzeum, gdzie wytrzymali oglądanie ze mną godzinnego (sic!) filmu o mężczyźnie, który przez 10 lat mieszkał na opuszczonym lotnisku gdzieś w Grecji. Na koniec wizyty w muzeum i niejako na pocieszenie zjedliśmy suszone morele i winogrona.

A potem (bo pogoda była niezła i Londyn się kłania) jeszcze przez prawie 2 godziny szwędaliśmy się bez celu po mieście, choć oni zdecydowanie już chcieli wracać do domu, odpocząć i w końcu pooglądać ulubioną bajkę („Psi patrol” – ktoś coś? 🙂 ).

Cały dzień bez wózka. Zabawne, bo mój prawie trzylatek nawet nie pisnął, że go bolą nogi, za to moja 4,5 latka wciąż czasami za wózkiem tęskni. Może lubi sobie posiedzieć i pokontemplować bez ruchu?

Z atrakcji na sam koniec przejechaliśmy się piętrowym autobusem.

W każdym razie zbierało mi się od kilku dni i w końcu się nazbierało. Na bycie wkurzoną, sukowatą matką. Która strofuje dzieci, mówi do nich z definicji zdecydowanie nieprzyjemnym tonem.

Lub mówi im otwarcie, by dali jej choć na chwilę spokój, bo ma już dość dziesiątek pytań i próśb wyrażanych w każdej minucie poranka, popołudnia i wieczoru. Bo ma już dość powtarzania, jakie są zasady „Nie podnosimy śmieci z ulicy i nie grzebiemy w koszach na śmieci, bo od tego ręce robią się natychmiast czarne, a nie mamy ich gdzie umyć”, „Nie popychamy się w metrze, bo można się przewrócić i skaleczyć, można na kogoś wpaść, a ludzie nie lubią, by na nich wpadać, w ogóle się nie popychamy, nie bijemy, ani nie szarpiemy, bo umiemy już mówić i dzięki temu możemy ze sobą rozmawiać i ustalać różne rzeczy zamiast się uderzać”, „Nie krzyczymy w kawiarni, bo nie wszyscy ludzie lubią hałas i przychodzi się do kawiarni raczej po to, by miło spędzić czas, porozmawiać lub popracować, a nie słuchać pisków”, itd.

Bo ogólnie poszłaby sama na spacer/poczytałaby spokojnie książkę/poszłaby do kina/na imprezę (o taaak! na całonocną roztańczoną imprezę, na jakiej już nie była od 6 co najmniej lat).

Pomijam już, że chętnie by się wyspała – aktualnie mamy wciąż co najmniej jedno budzenie się w nocy na karmienie plus jedno budzenie się (Starszej) z płaczem, wymagające ponownego usypiania przy mamie. A do tego mamy poranne wycieczki do mamy (między 5 a 7 rano) w dowolnych konfiguracjach, z ekstra karmieniem lub bez, które przyczyniają się do tego, że moja ulubiona pora snu i dosypiania jest sprowadzona co najwyżej do płytkiej, przerywanej drzemki.

Czy ja się skarżę? Może trochę. Na to chyba wygląda. Choć z zasady i co do zasady się nie skarżę, bo jest jak jest.

Myślę, że napisałam to wszystko po to, żeby jeszcze raz ułożyć sobie w głowie, co i jak. Co o nich – moich dzieciakach – myślę, jak bardzo lubię spędzać z nimi czas, jak wiele wnoszą, jak wiele dają z siebie każdego dnia, jak dużo radości, a czasem satysfakcji mi to daje. I czego chcę – co chcę im dawać i czego chcę w kontakcie z nimi doświadczać.

 

 

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *