SMUTEK

Zaczęło się. Pierwszy dzień, potem drugi, trzeci, kolejny. Kiedy zaczął się piąty dzień, przestałam mieć wątpliwości i uznałam, że rozpoczął się nowy etap, nowy wątek mieszczący się w moim przeżywaniu śmierci W, mojej żałoby po nim.

Smutek. Zazwyczaj po południu i pod wieczór przychodzi do mnie smutek. Jest albo nieokreślony i po prostu mi towarzyszy – mniej lub bardziej uporczywie i boleśnie. Albo jest wyraźnie określony, namacalny, wywołany przez bardzo konkretne wspomnienie lub myśl. Od tego w ogóle trzeba zacząć – że przychodzą do mnie wspomnienia: W prowadzący samochód, W wbijający jajka do śniadaniowej potrawy, W wchodzący przez furtkę po powrocie z pracy, W przytulający dzieci.

I z każdym takim wspomnieniem przychodzi pewien rodzaj niedowierzania: naprawdę, on już nigdy-przenigdy nie rozbije tego jajka na patelnię? nie weźmie do ręki swojej ulubionej filiżanki do kawy? nie spojrzy na pole naprzeciw domu?

Do tej pory wspomnienia niemal do mnie nie przychodziły. Trudno mi było przywołać w pamięci jego twarz, jego uśmiech, jego głos, nie wspominając nawet o dotyku. Mogłam sobie oglądać zdjęcia, ale to jednak co innego. Potem, przez chwilę, przychodziły do mnie „wesołe wspomnienia” i wywoływały uśmiech na mojej twarzy – coś, jak pocztówki-migawki z wakacji.

Teraz przychodzą do mnie najróżniejsze wspomnienia i przynoszą mi smutek. Temu smutkowi nie zawsze towarzyszą łzy. Czasem jest subtelny, ledwo wyczuwalny – wtedy czekam, czy stanie się wyraźniejszy. Kiedy indziej jest wyraźny, trudny, choć raczej nie porywający. W każdym razie staram się choć przez chwilę płakać, staram się, by napięcie wzmocniło się, skrystalizowało, a potem odeszło (by odeszło dzięki temu, że mogło zostać wyrażone, że mogło wybrzmieć). Kiedy smutek zaczyna mnie ogarniać, ale nie mogę z nim za bardzo nic zrobić, wtedy mówię o nim – mówię bliskim osobom, że go czuję, że jest i że to jakby nowy etap przeżywania.

Ale co innego jest dla mnie najważniejsze. Najważniejsze jest to, że ja się bardzo cieszę, że on jest. Cieszę się, że smutek zaczął do mnie przychodzić i czekam na niego teraz każdego dnia. Trochę mi go (jakby) dotąd brakowało.

Skojarzyło mi się to wszystko filmowo-analogowo:

Ta część mnie, w której/którą jest W, do tej pory była jakby nieruchoma i czarno-biała – jak nagle zatrzymany na przypadkowym, niezbyt wyraźnym kadrze film. A ja pragnę, by ten film był kolorowy, barwny, nasycony, pełen ruchu i życia (choć nie umiem powiedzieć, czemu tego pragnę). Smutek, paradoksalnie, przywraca „zamrożonym” dotąd wspomnieniom ich kolor, kontrast i blask. I dopiero taki film może zacząć – tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, blaknąć, tracić wyrazistość obrazu i konturów, ulegać mikrouszkodzeniom i pęknięciom. Tak będzie dobrze.

Witaj, Smutku!

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *