O BYCIU MĘŻEM I OJCEM – RECENZJA KSIĄŻKI JESPERA JUUL’A

Jesper Juul i książka o tym, jak być ojcem

Recenzuję dziś książkę, która ma tak brzydką okładkę, że aż nie chce się do niej zaglądać (zdjęcie zamieszczam na końcu wpisu 😉 ). U mnie przeleżała „napoczęta” prawie rok. Ale pęd do wiedzy i rozwijania własnych rodzicielskich umiejętności w końcu zwyciężył, dlatego sięgnęłam po nią ponownie. Dla ułatwienia dodam, że „Być mężem i ojcem” Juul’a to książka króciutka – wystarczy na nią wieczór, maksymalnie dwa.

Jesper Juul to duński terapeuta rodzinny, po własnych przejściach, m.in. po rozpadzie pierwszego małżeństwa. To także znany w świecie autor bestsellerów, takich jak „Moje kompetentne dziecko”. W „Być mężem i ojcem” Juul bazuje na własnych wieloletnich obserwacjach, przytacza także kilka autentycznych historii mężczyzn, z którymi pracował. Posługuje się bardzo racjonalnym, lekko dowcipnym stylem. Decyduje się przedstawiać wyłącznie „męski punkt widzenia”. Mówi rzeczy odkrywcze, obala stereotypy i wciąż odwołuje się do (męskiego) rozsądku. Ale nie oznacza to, że nie ma tu miejsca na rozumienie „kobiecej perspektywy”, wręcz przeciwnie! Uroczy i zabawny fragment, w którym mogłam się „przejrzeć”, zacytuję za chwilę.

Co ważnego i odkrywczego mówi Juul?

Dla mnie książka ta pokazuje przede wszystkim, czym jest faktyczna akceptacja własnego dziecka. Juul przekonuje też, że akceptacja jest niezbędną podstawą budowania dobrej relacji z dzieckiem (myślę też, że bliskich relacji w ogóle). Warto ją przeczytać choćby tylko po to, by sobie to po raz (setny) uświadomić i traktować ten wymóg serio.

Co to jednak oznacza? Kiedy Juul pisze: wierzyć we własne dziecko nawet wtedy, gdy wszyscy inni stracili już nadzieję, to brzmi to jak truizm, oczywistość dla każdego rodzica. (Tak na marginesie – chętnie zapominamy o tym, z jaką łatwością, odruchowo potrafimy krytykować nasze małe nawet dzieci: „Ale się ubrudziłaś!/Następnym razem postaraj się na rysunku nie wyjeżdżać za linię./Co ty gadasz, pomyśl chwilę!” – wstawcie sobie to, co u Was najczęściej.) Słowa Juul’a brzmią jednocześnie jak coś odległego, zbyt dramatycznego, co nigdy nas samych nie będzie dotyczyć. Jak to – wszyscy mieliby kiedykolwiek stracić wiarę w moje wspaniałe dziecko? Które tak świetnie się rozwija i tak dobrze zapowiada?

Ale kiedy Juul podaje poniższy przykład – chłopaka, który przez kilka lat w szkole wszczynał bójki, aż w końcu własnym wysiłkiem nauczył się, jak trzymać swoje nerwy na wodzy – to ten przykład wydaje się bliski, zwyczajny. A przy tym porusza i budzi podziw: „Ojciec tego nastolatka […] nie tracił czasu na ocenianie i krytykowanie zachowania swojego dziecka, co i tak nie doprowadziłoby do niczego – najwyżej poprawiłoby jego dobre samopoczucie jako rodzica. Chłopak doświadczył i tak dość krytyki ze strony nauczycieli. […] Więc zamiast włączać tę samą płytę, ojciec zdecydował po prostu, że będzie stał za swoim synem, dopóki ten sam nie znajdzie swojego rozwiązania. Może taka postawa nie jest tym, czego społeczeństwo oczekuje od ojca, ale jest to dokładnie ta postawa, której potrzebują dzieci.” (s. 161)

Dlaczego dzieci potrzebują takiej postawy? Bo – zdaniem Juul’a – bezwarunkowe wsparcie ze strony rodzica pomaga dziecku odnaleźć wewnętrzną siłę, by radzić sobie z problemami. Krytyka o tyle niczego nie zmienia, że każde, nawet niezbyt rozgarnięte dziecko (a już na pewno nastoletnie) wie, że zrobiło coś „złego”. Mnie ten przykład inspiruje do zastanowienia się, czy ja też byłabym w stanie tak się zachować? Wspieranie dziecka, bo je kochamy – nawet, gdy łamie społecznie przyjęte zasady, wymaga też odwagi. Odcięcia się np. od bezproduktywnej i często nieuświadomionej do końca myśli, że „moje dziecko świadczy o mnie”, więc muszę je krytykować, przyznawać rację nauczycielom, by kosztem mojego dziecka (tak!) udowodnić światu, że „to nie ja je tak wychowuję i nie wiem, skąd takie zachowanie”.

Faktyczna akceptacja własnego dziecka łączy się też w „Być mężem i ojcem” z wątkiem brania odpowiedzialności za własne życie i podążania za swoimi wyborami i decyzjami. Pierwszym aktem akceptacji i wzięcia odpowiedzialności jest uznanie przez mężczyzną faktu, że został ojcem i podjęcie wyboru: chcę budować rodzinę. Ojciec z powyższego przykładu z pewnością również to potrafił i wyrażał swoje wybory w sposób autentyczny. A w kwestii autentyczności Juul wypowiada się krótko: jest konieczna, by być dobrym ojcem, bo między rodzicem i dzieckiem działa wyłącznie autentyczna komunikacja.

Jesper Juul i książka o tym, jak być mężem

„Załóżmy, że wychodzisz z żoną wieczorem do opery. Możliwe, że wyrazi wątpliwość, co ma na siebie włożyć i będzie pytać ciebie o zdanie. Zrobisz mądrze, naprawdę się nad tym zastanawiając i szczerze wypowiadając swoje zdanie. Efekt będzie prawdopodobnie taki, że żona włoży na siebie coś zupełnie innego niż to, co jej doradziłeś. Po co zatem – spytasz – było się zastanawiać i tracić tyle czasu na kwestię sukienki? A jednak było to ważne, ponieważ twoja opinia pomogła jej podjąć właściwą decyzję. Nie po to pytała cię o zdanie, byś za nią zdecydował; potrzebowała tylko twojej inspiracji do podjęcia własnej decyzji.” (s. 122)

Tyle mój ulubiony cytat. Może trafia tylko do mnie 😉 , ale wydaje mi się, że dobrze tłumaczy zasadę działania pytań typu: „Jak myślisz, (zrobimy/kupimy/założę) to czy może to?”. Za chwilę Juul tłumaczy też, że nawet jeśli mężczyźnie obojętne jest (lub „nie ma czasu na”) mnóstwo drobnych codziennych spraw typu sukienka lub co zjemy, to odmowa wyrażania własnej opinii („zjedzmy cokolwiek”) sprawia, że kobieta czuje się samotna ze swoimi decyzjami i w konsekwencji partnerzy oddalają się od siebie też w innych, mniej drobnych sprawach. Jednocześnie kobieta, świadoma, że sama musi podejmować dziennie setki decyzji dotyczących rodziny, stopniowo przestaje brać pod uwagę zdanie partnera (bo tak jest szybciej, bo on jest w pracy, bo on „nie miał zdania”) i mężczyzna przestaje mieć wpływ na codzienność, na to, co dzieje się z dziećmi itp. Zaczyna się więc czuć w domu obco, niepotrzebny, nie na miejscu… W odpowiedzi, często nieświadomie, ucieka w pracę, jest faktycznie jeszcze mniej obecny i spirala się nakręca…

Polecam tę książkę także ze względu na proponowaną przez Juula i genialną w swojej prostocie 😉 figurę „ministra miłości”. Minister miłości to taki facet (bo chodzi o to, by w parze debiutujących rodziców został nim mężczyzna), który dba o relację. W uproszczeniu: gdy w domu pojawia się noworodek, to kobieta dba o maleńkie dziecko, a mężczyzna niech zadba o nią i o ich relację. Nie chcę popaść w stereotyp, ale tak to wygląda w realiach, kiedy po dwóch tygodniach „tacierzyńskiego” mężczyzna wraca do pracy, a kobieta zostaje z dzieckiem w domu. Nierzadko też zdarza się tak, przypomina Juul, że kobieta po porodzie musi dojść do siebie. Nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. W sposób naturalny koncentruje się czasowo na dziecku, by dostroić się, nauczyć się go, nauczyć się karmienia piersią – co też często przychodzi jej z trudem i bardzo stresuje.

Juul znów stawia sprawę jasno: „najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić dla swojego dziecka, jest troska o związek z jego matką”. Minister miłości nie tylko może wykazać się inicjatywą dodania odrobiny romantyzmu do życia wśród pieluch, ale też – co równie ważne – może wspierać kobietę w dbaniu o własne granice, gdy – mocno skoncentrowana na dziecku – zaczyna zapominać o własnych potrzebach.

Odpowiedzialny za swoje życie, świadomy swoich autentycznych emocji i żyjący w zgodzie ze sobą zaangażowany ojciec i minister miłości – Juul nie podaje statystyk, ilu takich mężczyzn chodzi po ziemi. Ale brzmi na tyle nieźle, że warto przeczytać książkę, jak sądzisz? 😉

Inną recenzję znajdziesz TU.


Jesper Juul „Być mężem i ojcem”, wyd. MiND, Podkowa Leśna 2012, s. 198


Przydał Ci się ten wpis? Udostępnij go na FB, polub bloga i oznacz osoby, którym może spodobać się ta książka. Dziękuję!

 

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *