BYĆ NIEDOSKONAŁĄ MATKĄ

 

Od dłuższego czasu szykowałam w głowie post zatytułowany „prawie wcale nie bawiłam się dziś z moimi dziećmi”. To nie miał być, wbrew pozorom, ostro samokrytyczny tekst o tym, jak niedoskonałą jestem matką. Zazwyczaj daję sobie prawo do bycia taką, jaka jestem. Nie aspiruję do bycia tip-top, po prostu nie chcę zwariować. Ale zastanawiało mnie to, jak łatwo wpadam w automatyczny tryb zadaniowy godny „idealnej pani domu”. Wydaje mi się, że niemal każdej kobiecie się to często-gęsto zdarza, niezależnie od miejsca urodzenia, wykształcenia, czy przykładu, jaki wyniosła z domu. I tak, codziennie, wchodzimy w tryb „muszę jeszcze” – muszę ogarnąć w zlewie, wstawić pranie, ugotować dla (co najmniej) dzieci, zakupy, spacer, obciąć maluchom paznokcie, przewijanki-przebieranki, kremiki i witaminki – i już zleciał cały dzień. Zrobiło się późno, dzieci umyte, gotowe do łóżek, no można im jeszcze 10 min poczytać i okazuje się…, że wcale nie bawiłam się dziś z moimi dziećmi.

To miał być post o poczuciu smutku, o pewnym rozżaleniu, że działamy, jak działamy i ostatecznie nie zajmujemy się tym, co najważniejsze – a raczej tym, kto najważniejszy. I nie mam tu na myśli realizowania dwugodzinnych kreatywnych (przygotowywanych przez pół poprzedniej nocy i wymagających po akcji długaśnego sprzątania) zabaw z dziećmi według najnowszych wytycznych Montessori, po dwudaniowym obiedzie, a przed superfoodsowym podwieczorkiem. Myśli mam skromne – zabawa w czytanie książeczki, którą właśnie przyniosło dziecko mamie zdejmującej pranie z suszarki, wspólne zbudowanie wieży z klocków na dywanie, który mama zamierzała właśnie odkurzyć, czy gilgotki na łóżku bez patrzenia na zegarek (bo znów „trzeba” to i tamto).

Pomijam fakt, że w „trybie zadaniowym” również potrzeba kobiety, by mieć trochę czasu dla siebie (czy to na kontakty towarzyskie, czy na pasje, czy na lekturę, czy w końcu na odpoczynek), jest spychana na potem, czyli nigdy.

Wpis miał też być o tym, że zdarzają się takie dni, kiedy wcale nie chciałam się z dziećmi za dużo bawić – zwyczajnie nie miałam siły lub ochoty, albo coś danego dnia było dla mnie ważniejsze. I o tym, czy czasami ma się do tego prawo.

Ale wiecie co? „Wcale nie bawiłam się dziś z moimi dziećmi” jest ostatnio nieaktualne.

Bo okazuje się – u mnie tak się okazało – że wystarczy bardzo mała zmiana nastawienia i najzwyczajniej na świecie można bawić się więcej.

Po tym, jak zdarzały się dni, kiedy było mi przykro, że czas przeleciał i że nie poświęciłam tyle uwagi moim dzieciom, ile chciałam, postanowiłam dokonać wyboru między – hm… różnymi wyrzutami sumienia. Doszłam do wniosku, że jest mi trudniej kłaść się spać z poczuciem winy, że nie miałam dla moich dzieci tyle czasu, ile chciałam, za to łatwiej mi zasnąć z myślą, że obiad na następny dzień znów niezaplanowany, o gotowaniu nie wspomnę, albo że te dziecięce paznokcie sztuk 40 muszę już w końcu jutro skrócić. Bałagan w pokoju dzieci? Nie, to mnie już w ogóle nie stresuje przed snem 😉

Dlatego postanowiłam wybierać to, co jest dla mnie ważniejsze i stosować to małymi kroczkami. Czyli po prostu każdego dnia przypominać sobie o moich priorytetach w codziennym zagonieniu. Staram się mieć na bieżąco świadomość, co jest dla mnie prawdziwie istotne i się nią kierować. Nie oznacza to, że kiedy gotuję, to rzucę wszystko i pobiegnę rysować z dziećmi, które mnie wołają – nie rzucę, bo mi się wszystko przypali. Ale kiedy skończę, chętnie do nich dołączam, niezależnie od tego, co w danej chwili robią (gotowanie z dziećmi to swoją drogą świetna zabawa, ale to osobny temat).

Staram się też nie uciekać do tego związanego z domowymi zajęciami „muszę” w sytuacjach, gdy zabawy proponowane przez dzieci na pierwszy rzut oka mnie nudzą. To czasem wygodne, ale czy naprawdę o to mi chodzi? Dlatego łatwo mi teraz rzucić rozwieszanie prania na rzecz czytania książeczki, bo wiem, że po kilkunastu (lub kilkudziesięciu, jeśli okrzykom „jeszcze raz!” lub „teraz ta!”) nie będzie końca, wrócę do tej suszarki z radością, że właśnie fajnie pobawiłam się z moimi dziećmi. A jeśli z tego powodu improwizowany obiad nam się przesunie o godzinkę, to tym lepiej – jest większa szansa na to, że zostanie zjedzony z apetytem 😉

I kiedy w ciągu dnia kilka razy krócej (czasami dzieciom naprawdę wystarcza 10 minut) lub dłużej świadomie poświęcę czas moim dzieciom – nie na pielęgnację, nie na rozmowy przy posiłkach, nie na przelotne przytulasy czy buziaki – tylko właśnie na robienie z nimi tego, co w danym momencie chcą ze mną robić, to kładę się spać spełniona jako mama. Nawet jeśli lista rzeczy „do ogarnięcia” właśnie rośnie – na to z kolei sprawdza się u mnie czasem sposób zwany „zarwana nocka” 😉

A niekiedy, przed zaśnięciem, myślę sobie o tym, że zrobiłam już coś ważnego dla moich dzieci, by miały się z kim bawić – mianowicie urodziłam ich dwoje. Czy brat lub siostra nie jest lepszym kompanem zabaw niż mama? 😉 (Ta smutna prawda: „mamo, idź, bo my się tu bawimy!” dotyczy już nawet rodziców dwulatków i jest to materiał na inną opowieść 🙂 )


Spodobał Ci się ten wpis? Masz podobnie? Udostępnij go na FB i oznacz w komentarzach znajome, którym mógłby się przydać. Sharing is caring. Dziękuję!

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *