Plany na miniony tydzień wzięły w łeb. Na ten tydzień też nie mogę jeszcze robić planów. Wszystko rozbiło się o trudne słowo „wgłobienie”. Raczej odpychające słowo, według mnie. I jeszcze słowo „szpital” – niby proste i zwyczajne, ale niekiedy również bardzo skomplikowane. Więc te plany… – kiedy żyje się życiem szpitalnym, za szybą, w innym trybie niż życie toczące się za oknem, plany czy postanowienia noworoczne nie mają właściwie żadnego znaczenia. Przynajmniej do czasu wyjścia ze szpitala.

Macie tak czasem – przychodzi Wam do głowy słowo – np. „cyklosporyna” i nie pamiętacie, co oznacza, ale nie możecie się go pozbyć z głowy? Po chwili uświadamiacie sobie, że musieliście to słowo wynieść ze szkoły. Słowo „wgłobienie” w mojej szkole się nie pojawiło, ale niestety w życiu – owszem i przy okazji dowiedziałam się, że wgłobienie (czyli wsunięcie się fragmentu jelita w inny jego fragment) to jedna z najczęstszych przyczyn niedrożności układu pokarmowego u małych dzieci (1). Może prowadzić do uszkodzeń ściany jelita i wymaga szybkiej interwencji medycznej, inaczej może zagrażać życiu.

Dlatego zamiast na spacer w pięknym słońcu drugiego dnia Nowego Roku trafiliśmy na szpitalną izbę przyjęć, a następnie niemal prosto na nieprzekraczalną dla rodziców „czerwoną linię” przed blokiem operacyjnym – kto zna te klimaty, ten wie, jakie to uczucie. I właściwie nie mam na myśli tego, co to za uczucie dla rodziców, mam na myśli raczej przerażenie dziecka.

Dlaczego o tym piszę? Przecież nie dlatego, by oznajmić światu, że od tygodnia karmimy się lękiem o zdrowie naszej córki i teraz, kiedy jej stan chyba zaczyna być stabilny i kiedy zaczyna biegać po szpitalnym korytarzu i wspinać się na wszystkie możliwe „przeszkody” w swojej szpitalnej sali, patrzymy na nią z pewnym niedowierzaniem i trochę tak, jakby na nowo się urodziła, jak byśmy odzyskali „coś” najcenniejszego.

Piszę z trzech powodów. Po pierwsze – żebyście mieli świadomość, co może spotkać Wasze dziecko. I dzięki tej świadomości, żebyście zdążyli zareagować. Wgłobienie „najczęściej występuje u niemowląt między 3. a 12. miesiącem życia, 3–4 razy częściej u chłopców” (1). Zazwyczaj przyczyna jest nieznana, ale u prawie połowy dzieci wgłobienie jest poprzedzone infekcją górnych dróg oddechowych, przewodu pokarmowego lub zmianą diety. Czyli katarek-kaszelek-wgłobienie. Jak miło… To dlatego lekarze na usg wnikliwie oglądali nie tylko jelita, ale też okoliczne węzły chłonne – jak nam tłumaczono, to właśnie powiększenie tych węzłów potrafi „wepchnąć” pobliskie jelito w niewłaściwe miejsce. I dlatego też leczeniu towarzyszą antybiotyki.

U nas była ospa wietrzna, po niej – jak to zimą – katarek (brzydki był, przyznaję), trochę kaszlu i przez 2 dni niewielka gorączka, ale oskrzela i płuca bez zarzutu. Typowych dla wgłobienia objawów, czyli wymiotów i kupy-galaretki lub ze śladami krwi nie było. Nie było też problemów z wypróżnieniem. Ani twardego brzuszka. Był apetyt! A przecież apetyt to oznaka zdrowia… Był jeszcze ból, z prawej strony – atakujący co kilkanaście-kilkadziesiąt minut, wywołujący krótki i pełen desperacji płacz, połączony z kucaniem lub turlaniem się po łóżku lub podłodze. I była dość nietypowa bladość. Pediatra kierujący nas do szpitala tak jak my podejrzewał wyrostek. Dobrze, że ten wyrostek jest – można się go bać i w związku z tym pojechać do szpitala, zamiast czekać zbyt długo dając coś na ból lub niestrawność, według koncepcji „Święta, Nowy Rok, inne potrawy – przedszkolak może się najzwyczajniej zatruć”.

Piszę więc dlatego, że nasz przykład może pozwolić komuś z Was szybko i właściwie zareagować na bólowy problem dziecka – z rozmów z innymi rodzicami w szpitalnej kuchni wynika, że nikt nie słyszał o wgłobieniu… Ale wszyscy, na szczęście, słyszeli o wyrostku – będąc laikiem można uznać, że objawy bólowe są dość podobne.

My reagowaliśmy – nazwijmy to „ze spokojem”, bo nasza córka nigdy do tej pory (poza tą grudniową ospą) nie chorowała. Nigdy nie brała antybiotyku. Nigdy nie bolał jej brzuch. Więc uświadomienie sobie, że to „coś” chyba samo nie minie, że taki okaz zdrowia i wulkan radosnej energii nagle może popaść w poważne zdrowotne tarapaty, było dla nas pewnym procesem. Niby wiadomo, że każdego może coś spotkać, ale „wiedzieć” i wiedzieć to nie to samo.

Druga kwestia i trudny temat: jak rozpoznać, czy sytuacja jest niebezpieczna, czy standardowa? Na pewno sporą rolę w ocenie stanu dziecka odgrywa intuicja. Dziecko z katarem może wyglądać na okaz zdrowia, a może też wyglądać na poważnie chore.

Gdzie leży granica między rodzicielskim rozsądkiem a paniką? Czy teraz wypuszczać dziecko z katarem, ale bez gorączki na spacer, czy trzymać w domu, chuchać i dmuchać, bo infekcja-powiększone węzły chłonne-kolejne wgłobienie? Jakie Wy macie podejście do infekcji swoich dzieci? Może dostaliście jakąś mądrą radę od zaufanego pediatry? Napiszcie w komentarzach.

Po trzecie, dzielę się naszą historią dlatego, że dotyczy ona też tego, jak próbować pomóc dziecku w szpitalu. Mam poczucie, że rodzice mają trochę związane ręce – nie zawsze wiemy, co się wydarzy, więc nie możemy wytłumaczyć/jakoś przygotować na to dziecka, a nawet jeśli wiemy, wobec jego bólu jesteśmy bezradni. Pomijam pomniejsze medyczne kroki – jak pomóc, kiedy pobieranie krwi, wenflon, usg bolącego miejsca czy kroplówka z antybiotykiem o 4 nad ranem, która wybudza odpoczywające dziecko.

Ale jak pomóc mu znieść przerażenie i świadomość, że zostało samo, w nieznanym miejscu, z nieznajomymi dziwnie ubranymi osobami, obolałe – w momencie, kiedy przewożone jest przez „czerwoną linię” (obowiązkowo na leżąco, nawet jak najbardziej na świecie pragnie wstać i uciec)? Dla porządku: w szpitalu procedura wyglądała tak, że mogliśmy towarzyszyć dziecku przewożonemu na łóżeczku na blok operacyjny (przy drugim zabiegu – musieliśmy przejść drugi w odstępie niecałej doby, bo pierwszy się nie udał – byliśmy mądrzejsi: nie tylko towarzyszyliśmy, ale też córka „podróżowała” na rękach męża, co było dla niej bardzo ważne), ale po wjechaniu na blok dziecko jest przenoszone na „leżankę operacyjną” i nie ma już opcji przytulania się. Anestezjolog rozmawia krótko z rodzicami (jeśli jest na to czas), pozostałe osoby zaczynają podawać dziecku przez wenflon kolejne leki/znieczulenie i można tylko ostatni raz pomachać dziecku, zanim zniknie ono w korytarzu dalszej części bloku. Za pierwszym razem nasza córka znikała krzycząc, za drugim razem – ponieważ znów mocno reagowała – dostała od razu, jeszcze przy nas, środek, który ją uspokoił i odjeżdżała już pół-świadoma sytuacji, co chyba było lepsze.

Szczególnie, że kwestię pobudki po drugim znieczuleniu – znów, w samotności i pełnej dezorientacji, udało nam się rozwiązać – poprosiliśmy, by mnie zawołano do sali pooperacyjnej zanim córka się wybudzi i nie było z tym problemu.

Ale to też była „mądrość po szkodzie” – po pierwszym zabiegu zawołano mnie kilka (2-3-5???) minut po tym, jak córka obudziła się w otoczeniu 3 obcych pań, które zanim mnie zawołały, usiłowały podpiąć ją pod jakąś aparaturę. Było koło godziny 21. Lęk i złość córki były tak duże, że moja obecność niewiele pomogła – podpiąć im się nie udało, krzyk trwał jeszcze dobrych kilkanaście minut, a mnie nie udało się jej przytulić do następnego popołudnia. O cyklosporynie w szkole było, ale o wspieraniu własnego dziecka w szpitalu już nie (jeszcze małego, bo w przypadku dzieci szkolnych to musi wyglądać inaczej, ale spodziewam się, że tu z kolei presja personelu, a może nawet samych rodziców na to, by dziecko „wytrzymywało/było dzielne/nie histeryzowało” może być o wiele większa; ta presja jest mi kompletnie obca, głęboko się z nią nie zgadzam).

Wreszcie – jak pomóc głodzonemu dziecku? Rozumiem oczywiście konieczność ścisłej diety w przypadku chirurgicznych interwencji „w brzuch”. Jestem przekonana, że moja niespełna czteroletnia córka też to rozumie (nowe słowo „dieta” – coś mi się wydaje, że do końca życia na żadne diety się nie nabierze 😉 ). Co nie zmienia faktu, że czuła się po prostu głodzona i już następnego ranka, po pierwszym zabiegu, bez przerwy domagała się choć kanapki z masłem, podczas gdy okazało się, że będzie drugi zabieg i kolejne 24h bez jedzenia i wody. Prosiła, by pytać każdą pielęgniarkę w polu widzenia choć o sucharka dla niej i płakała, kiedy – oczywiście – okazywało się, że wykluczone. (Tak, dostawała kroplówkę z glukozą, ale jakoś nie zagustowała.)

Nasze patenty „na szpital” to: okazywanie zrozumienia, cierpliwe tłumaczenie, co jak i dlaczego, przytulanie, jak najwięcej zabawy (czytania, układanek, rysowania, organizowanie odwiedzin, drobne prezenty i trochę więcej niż zazwyczaj Peppy). Czyli czułość i organizowanie dziecku czasu, odciąganie jego myśli od trudnych przeżyć. A czy Wy macie swoje sprawdzone patenty na trudy dziecięcych szpitalnych pobytów? Na pełne lęku łzy?

Przeczytajcie artykuł w linku pod wpisem – tam znajdziecie medyczne informacje o objawach i o tym, jakie leczenie stosują chirurdzy. Przy wgłobieniu nie da się uniknąć pełnego znieczulenia, ale jest duża szansa, że da się uniknąć cięcia.

(1) https://journals.viamedica.pl/chirurgia_polska/article/view/28859


Spodobał Ci się ten wpis? Udostępnij go na FB i oznacz w komentarzach znajomych, którym mógłby się przydać. Sharing is caring. Dziękuję!

4 thoughts on “TRUDNE SŁOWA #SZPITAL

  1. Otworzyłaś mi oczy tym wpisem. Dziękuję. Kiedyś trafiłam na 3 dni z 2 miesięczną Mią do szpitala, bo bali się, że przestanie oddychać. Ona sie nie zorientowała, ciągle z nią byłam, ale ja nigdy nie zapomnę co ja czułam i jak się bałam. Dużo uścisków dla was, nie dość, że jesteście dzielni, to jeszcze pomyśleliście o innych <3

    1. Ja też dziękuję za komentarz. Powoli już zapominamy – jeszcze tylko za miesiąc kontrola. Ale wygląda, że się udało – że jest dobrze plus, że poszpitalnej traumy nie ma. Ale moje pytania o to, jak w niektórych sytuacjach pomóc dziecku, pozostają aktualne i szukam odpowiedzi. Dam znać, jak coś znajdę.
      A tymczasem zgadnij, co dziś zrobiłam na śniadanie? 😉 [salmon&twist 😉 i zagrało ;)]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top