JOGA – MOJA MIŁOŚĆ

Od zawsze lubiłam się ruszać – spacerować, wędrować, tańczyć, pływać. Bycie aktywną było więc dla mnie oczywiste także w ciąży – w zaawansowanej pierwszej ciąży codziennie spacerowałam, przynajmniej godzinę, mimo zimowej pory. Całe życie ciągnęło mnie też ku Wschodowi – prawie 10 lat praktykowałam tai chi, zastanawiałam się nad karate. I tylko joga jakoś nigdy mnie nie pociągała, szczególnie po próbnych zajęciach, na które się kiedyś wybrałam, polegających prawie wyłącznie na nienaturalnym oddychaniu.

Dlatego nie zapomnę pierwszych zajęć ashtanga jogi, na które poszłam, gdy minęło przepisowych 6 tyg. od urodzenia mojej córeczki – mojego pierwszego dziecka. Znalazłam się na tych zajęciach właściwie przypadkiem, namówiona przez początkującą w jodze koleżankę, z którą i tak miałam się tamtego dnia spotkać. Zdecydowałyśmy się na poziom „Regeneracja/Początkujący”.


Jak czułam się 6 tyg. po pierwszym w życiu naturalnym porodzie? Wciąż mocno zmęczona i nieco oszołomiona, ale spełniona, dumna z siebie i szczęśliwa, że wszystko dobrze się potoczyło. A jednocześnie moje ciało – nadal nieco obolałe – było pełne napięć. Po części związanych z (typowym dla każdej mamy?) stresem o kilkutygodniowe maleństwo („czy nic jej się nagle nie stanie”), a po części związanych z tym, że karmienie piersią i przyjmowanie dogodnych do karmienia pozycji wciąż stanowiło wyzwanie. Córka ciągle uczyła się poprawnie ssać i pracowała nad przyrostami wagi ;), a ja pracowałam nad zintensyfikowaniem laktacji i wszyscy staraliśmy się, by z karmienia mieszanego przejść wyłącznie na kp.

Ta joga była jak najwspanialszy masaż. Najwspanialszy! To nic, że nie nadążałam za wszystkimi instrukcjami prowadzącej, to nic, że pewnych pozycji w ogóle nie byłam w stanie wykonać – próbowałyście krótko po porodzie zrobić tak popularną w szkole „kołyskę” albo najzwyczajniej podnieść obie proste nogi do pionu leżąc na plecach? Ubaw totalny 😉 Moje ciało dostało jednak dokładnie to, czego pragnęło – godziny wyłącznej dbałości o nie, o każdy mięsień, o każde delikatne miejsce, odpoczynku – takiego w sam raz – aktywnego i relaksującego jednocześnie.

Od tamtego dnia, a było to ponad 3 lata temu, jestem na ashtanga jodze w każdym tygodniu, chyba że wyjeżdżam na wakacje. Jeśli padam na twarz i przepuszczam jakieś zajęcia, idę na podobne następnego dnia.

Ćwiczyłam całą drugą ciążę (tylko około 12 tygodnia wg tej szkoły należy zrobić przerwę) i czułam się jeszcze lepiej niż w pierwszej ciąży, choć nie spodziewałam się, że może być „jeszcze lepiej”. Praktyka przygotowuje też do porodu, między innymi dlatego, że pozycje jogi angażują mięśnie dna miednicy.

Odkąd praktykuję jogę (a robię to tylko raz w tygodniu, czasem uda się dwa razy – to mój aktualny zdrowotny cel), ustąpiły kilkudniowe bóle pleców, do których miałam tendencję. Gdy coś zaczyna mi „wchodzić”, a wciąż zaczyna przy opiece nad dwójką maluchów – godzina ćwiczeń i po sprawie. Wierzę, że dobrą formę w dużej mierze zawdzięczam jodze.

A jeśli lubicie zakwasy, to jakie po jodze potrafią być zakwasy! 😉 Ja lubię, bo wtedy czuję, że żyję 😉 W miejscach, których istnienia w ciele bym nie podejrzewała.

Nie znam innych szkół czy typów jogi poza dynamiczną ashtangą, więc się o nich nie wypowiadam, ale ashtanga jest po prostu doskonała. Angażuje ciało i umysł na tyle, na ile jesteśmy gotowi (delikatnie – jeśli wolimy, silniej – jeśli tak chcemy) oraz pracuje z oddechem, niczego jednak nie wymuszając – płynny, niewstrzymywany oddech jest podstawą każdego ruchu, każdej pozycji-asany. Uelastycznia, wymaga, ale i odpręża. Daje przeogromną satysfakcję, gdy się czuje i obserwuje, jak stopniowo wzmacnia się własne ciało. Tym, którzy potrzebują wyciszenia czy uspokojenia, także daje taką możliwość. I radość. Pamiętam, że zdarzały się dni, kiedy miałam wrażenie, że praktyka była tak dobra dla mnie i dla ciała, że wychodziłam z zajęć wręcz w euforii.


I jeszcze kwestia „równości w jodze” i czucia się na właściwym miejscu wśród właściwych (nawet nieznajomych) ludzi: przynajmniej tam, gdzie chodzę, jest miejsce dla wszystkich – dla siwej pani, która planuje zrobić samodzielnie mostek przed 80tką, dla czterdziestolatka z brzuszkiem i dla modelowo umięśnionej nastolatki. Parkiet przyjemnie trzeszczy, słychać oddechy (cichy oddech w czasie praktyki powinno być słychać) lub westchnienia. Nikt nikogo nie ocenia, nawet specjalnie nie ogląda w czasie ćwiczeń, każdy pod okiem wspierającego nauczyciela we własnym zakresie pracuje na swoje zdrowie.

TU przedstawiam kilka zaczerpniętych z jogi ćwiczeń – bardzo prostych, głównie odprężających i odciążających kręgosłup. Można je wykonywać w domu – wieczorem, by rozluźnić się przed snem. Lub w dowolnym momencie dnia, gdy stres lub pośpiech wywołuje za dużo napięcia w mięśniach.

10 min, by poczuć ulgę. I można ćwiczyć z dziećmi 😉 Zresztą maluchy to urodzeni jogini.


Spodobał Ci się ten wpis? Udostępnij go na FB i oznacz w komentarzach znajome, którym mógłby się przydać. Sharing is caring. Dziękuję!

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *